SYDNEY– życie na dorobku, housesitting i jedzenie ze śmietnika

Po roku podróżowania trochę uszczupliliśmy nasz budżet (choć nie przekroczyliśmy założonych wydatków, podsumowanie możecie przeczytać TU), ale przede wszystkim zmęczyliśmy się ciągłym zmienianiem miejsc. Prawie codziennie trzeba było upychać rzeczy do plecaka, składać namiot i zastanawiać się, gdzie spędzimy kolejną noc.

Praca w Sydney

Australia wypadła nam w idealnym momencie. Przyjechaliśmy do Sydney akurat na koniec lata, więc upały nie były już tak dokuczliwe. Dzięki pomocy kolegi Oli, który w Australii mieszkał już prawie rok oraz innych podróżników, którzy też robili przystanek w Sydney (Lifepackers, Bez Kapci, WWGanG) udało nam się w miarę szybko znaleźć pracę. Jeszcze raz Wam tutaj ogromnie dziękujemy!

O świcie jedziemy do pracy

Co ciekawe, o zatrudnienie w Sydney wcale nie tak łatwo, czy to legalnie, czy też na czarno. Niestety, nie mając wizy sponsorskiej, praktycznie nie mamy co liczyć na zatrudnienie w „branży”. Posiadacze wiz Work&Holiday czy studenckich znajdą zatrudnienie przy prostych pracach, gdyż pracodawcy niezbyt chcą zatrudniać ludzi, którzy za rok wyjadą. Na szczęście nie oznacza to złych zarobków, płaca minimalna wynosi 20 AUD/h, czyli około 53 PLN/h. W przeciwieństwie do polskiej płacy minimalnej, tutaj jesteśmy w stanie za te pieniądze sensownie żyć. Po opłaceniu wynajmu, transportu i wyżywienia, sporo zostaje na przyjemności i ewentualne odkładanie.

Do Sydney zjeżdża tysiące młodych ludzi z całego świata i każdy zna angielski, szybko się uczy i jest chętny podjąć się jakichkolwiek zleceń. Jeśli macie pożądane przez pracodawców doświadczenie (praca w barze/restauracji, budowlanka, zawodowy kierowca itp.), to na pewno będzie Wam łatwiej. Jeśli nie, to przygotujcie się na polowanie na ogłoszenia, godziny spędzone na rozmowach telefonicznych i na to, że na każde miejsce pracy jest kilkuset chętnych. Prawie każdy, kto przyjechał do Sydney za pracą, na początku przechodził kryzys, wił się z bezsilności i chciał rzucić to wszystko w diabły.

Na szczęście sytuację można porównać do popularnego w Australii surfingu. Po przejściu przez strefę, gdzie załamujące się fale rzucają Wami jak ciuchami w pralce, wypływa się na spokojną wodę i czeka na okazje 🙂 Kiedy już fala nas niesie, czyli załapiemy się na pierwsze zlecenia, jest dużo łatwiej. Ja złapałem za pędzel, Ola natomiast za szmatę i tak się zahaczyliśmy na 3 miesiące, pracując nawet 60h tygodniowo.

Ceny

Ceny artykułów spożywczych są nominalnie takie same lub nieznacznie niższe, niż te w Polsce. Po szybkim przeliczeniu kursu dolara australijskiego wychodzi, że na dzień dzisiejszy ceny w sklepach są o 2,7 raza wyższe. Są pewne wyjątki, takie jak ser żółty (1 kg ok. 8 AUD) lub wino (sensowne zaczyna się od 5 AUD), ale już np. piwo jest znacznie droższe (od 16 AUD za czteropak 330 ml). W Australii jest drogo dla wszystkich oprócz tych zarabiających w dolarach australijskich. Ponieważ płaca minimalna wynosi ok. 20 AUD/h, a ceny produktów są nominalnie podobne do naszych, zarabiając w miejscowej walucie można sobie pozwolić na praktycznie wszystko oprócz nieruchomości. W szczególności, że ceny samochodów, elektroniki, ubrań itp. są podobne lub nawet niższe, niż w Polsce.

Przykładowe ceny. Kto znajdzie truskawki po 52 PLN/kg?

Oszczędzić na jedzeniu można jednak w dość prosty sposób, a konkretnie decydując się na…

Dumpster diving, czyli jedzenie ze śmietnika

Supermarkety wyrzucają masę żywności wciąż nadającej się do spożycia. Chodzi m.in. o produkty, których data ważności właśnie mija lub minęła niedawno, takie z uszkodzoną etykietą lub w pogiętym albo ubrudzonym opakowaniu. Najczęściej wrzucają wszystko do jednego pojemnika i przykrywają z wierzchu liśćmi kapusty. Obstawiamy, że to prawdopodobnie po to, aby zniechęcić potencjalnych śmietnikowych nurków. Niestety, niektóre kontenery są zamykane na kłódkę lub znajdują się na ogrodzonym, strzeżonym terenie i nie ma do nich dostępu. Na szczęście nie wszędzie tak jest i mieliśmy szansę trochę pogrzebać w śmieciach.

W ciuchach roboczych, w rękawiczkach i z czołówką na głowie wybieraliśmy się na łowy raz w tygodniu i przynosiliśmy do domu tyle rzeczy, ile byliśmy w stanie unieść, z bólem zostawiając mnóstwo jedzenia w kontenerze. Tylko raz wróciliśmy z pustymi rękoma, widocznie śmieciarka przyjechała tuż przed nami.

Formalnie, dumpster diving jest w Austalii nielegalny, gdyż jest to… kradzież. Według przepisów, śmieci należą do wyrzucającego do momentu odebrania ich przez śmieciarkę. W praktyce nie słyszeliśmy o nikim, kto by miał z powodu nurkowania kłopoty. W najgorszym wypadku kończyło się na konfiskacie łupów i zakończeniu łowów tej nocy. Jak ognia należy jednak unikać przechodzenia przez płot lub innego nielegalnego dostawania się na teren, na którym stoją kontenery. Australijczycy są bardzo wyczuleni na punkcie przepisów i bezpieczeństwa i wezwana na miejsce policja może nie uwierzyć, że włamujecie się w nocy na teren prywatny, aby grzebać w śmieciach.

Regularnie wyławialiśmy pieczywo, ciasta, pączki, słodycze, paczkowane warzywa i owoce. Trafiały się też sosy, popcorn, a nawet zapas proszku do prania. Poniżej możecie zobaczyć niewielką część naszych zbiorów. Batoników było tak dużo, że musieliśmy je rozdawać. Ale prawdziwym hitem okazały się Kinder Niespodzianki, które zjedliśmy ze znajomymi przy wielkanocnym śniadaniu!

Dodam jeszcze, że nie jest tak, że głód nas zmuszał do grzebania w śmieciach. Traktowaliśmy to trochę jak przygodę, a trochę jak działanie proekologiczne. Zmarnowana żywność to mnóstwo zmarnowanych zasobów: wody, energii, czyjejś pracy i puszczonego w atmosferę CO2. No a trochę jak darmowe słodycze, bo sami na pewno byśmy tyle czekolady nie kupowali.

Nie samą pracą człowiek żyje

Przez ilość pracy mieliśmy niedużo czasu na zwiedzanie, więc każdą wolną niedzielę wykorzystywaliśmy maksymalnie. W ten dzień transport publiczny kosztuje 2,70 AUD / 7,30 PLN za cały dzień, więc wycieczki nie nadwyrężały portfela. Sydney stało się jednym z naszych ulubionych miast, żyje się w nim bardzo przyjemnie. Jest dużo zieleni, parków, plaże są na wyciągnięcie ręki, a wokół miasta są takie parki narodowe, jak Royal National Park ze swoim Wedding Cake Rock i Figure 8 Rockpool oraz Blue Mountains National Park. W tym ostatnim znajdziemy góry pełne wodospadów i dolin, w których unosi się niebieskawa poświata powstała na skutek zawieszonej w powietrzu wydzieliny z liści eukaliptusa bogato porastającego górskie zakamarki. Prawdziwym hitem okazał się Centennial Park ze znajdującą się w nim kolonią nietoperzy, zwanych latającymi lisami. Rozpiętość ich skrzydeł to około 1 metr, a w lasku w centrum parku mieszka ich około… 30.000! Gdy wieczorem wszystkie na raz wylatują na miasto, ciężko dojrzeć niebo pomiędzy nimi.

Na operę i Harbour Bridge mogliśmy patrzeć się godzinami, a po zatoce kursują promy, którymi możemy pływać w ramach biletu za 2,70 AUD i tak zaliczyć rejs widokowy. Pięknych widoków uświadczymy także na wybrzeżu, obserwując morze ze stromych klifów lub z plaży pełnej surferów o wyrzeźbionych ciałach.

Bondi Beach
Cotygodniowe fajerwerki w Darling Harbour
Widok na city i operę z promu za 2,70 AUD
Wedding Cake Rock
Ten widok nigdy się nie znudzi

Zakwaterowanie

Długo byłem przekonany, że aby zaoszczędzić, przemęczymy się te 3 miesiące i spróbujemy pomieszkiwać trochę u znajomych, trochę na Couchsurfingu. Jednak szybko doszliśmy do wniosku, że po pierwsze, byłoby to nie w porządku w stosunku do nich, a po drugie, byłoby bardzo niewygodnie co chwila się przeprowadzać. Chociaż to nie było tanie, postanowiliśmy wynająć coś dla siebie. Ceny pokoju dla pary w sensownej okolicy i standardzie zaczynają się od 300 AUD/tydzień (810 PLN/tydzień). Mimo, że to nie jest tanio, uważamy, że była to dobra decyzja. Co nas zaskoczyło to to, że wiele dwuosobowych pokoi jest wynajmowanych, jako jednoosobowe i za drugą osobę w pokoju należy dopłacić dużo więcej, niż wynikałoby to z rachunków za zużycie mediów. Ponadto, na pokoje też jest tysiące chętnych i te lepsze rozchodzą się jak ciepłe bułeczki.

Drugą ciekawostką jest też to, że Sydney jest zlepkiem dawnych miasteczek, które dziś stanowią poszczególne dzielnice miasta. Jednak w adresie nadal figuruje nazwa dzielnicy, a nie Sydney. Tak jakby w Warszawie w adresach było wpisane „Mokotów”, „Kabaty” itd. Było to dla nas trochę mylące, kiedy jeszcze przed przyjazdem szukaliśmy hosta na Couchsurfingu, i w aplikacji nie wyświetlały się żadne osoby z Sydney, tylko z Ashfield, Rockdale, Hurstville itd. Zastanawialiśmy się: jak to? To w Sydney nikt nie mieszka?

Śniadanie na naszym balkonie

Housesitting

Czym jest housesitting? Jest to opiekowanie się domem pod nieobecność właściciela. Obowiązki housesittera mogą obejmować po prostu przebywanie w domu w celu odstraszenia złodziei, podlewanie roślin, opiekowanie się ogrodem, zajmowanie się zwierzętami itp. Zwyczajowo jest to wymiana barterowa – właściciel ponosi koszty mediów zużytych podczas swojej nieobecności w zamian za opiekę nad domem, za którą housesitter nie otrzymuje wynagrodzenia innego, niż możliwość mieszkania za darmo.

Liczyliśmy, że uda nam się znaleźć housesitting w Sydney, ale niestety ofert było bardzo mało. Na dodatek, ciężko jest coś znaleźć, jeśli ma się ograniczone ramy czasowe. Dużo łatwiej jest najpierw znaleźć housesitting i do niego dostosować swoje plany podróży, niż na odwrót. Sprawę utrudnia też brak referencji, gdy robi się to po raz pierwszy. Oferty można znaleźć na stronach poświęconych housesittingowi, takich jak np. trustedhousesitters.com, niestety wszystkie są płatne. Alternatywą jest GumTree. Zamieściliśmy tam nasze darmowe ogłoszenie, pośród kilkunastu innych, bez większych nadziei na odzew. Nasze zdumienie było ogromne, gdy otrzymaliśmy 5 ofert. Byliśmy ostatecznie w stanie sfinalizować tylko 1, ale za to pasowała nam idealnie. Ostatnie półtora tygodnia w Sydney spędziliśmy mieszkając praktycznie w samym centrum (Redfern), opiekując się kotem, który okazał się małym, czarnym diabłem budzącym nas w środku nocy, gdy musieliśmy wstać o 5:30. I to nie dlatego, że potrzebował do kuwety lub był głodny. Po kociemu chodziło mu po prostu o trochę uwagi. O 2:30.

Nasz czarny diabeł

Kierunek – Pacyfik

Australię opuszczamy ostatniego dnia trwania naszej wizy. Obieramy kurs na marinę w Opua, w Nowej Zelandii, w której spotykamy się z Andrzejem, kapitanem jachtu Two Moons II. Jesteśmy umówieni, że jako załoga spędzimy na jachcie 6-miesięcy, odwiedzając po drodze Nową Kaledonię, Vanuatu, Wyspy Salomona, Papuę Nową Gwineę, Darwin w Australii, Indonezję i Wietnam. Wbrew złym przeczuciom pakujemy się na jacht jeszcze nie wiedząc, że rejs skończy się dużo szybciej, niż myśleliśmy. O naszej przygodzie możecie przeczytać na końcu wpisu z jachtostopowym poradnikiem – tutaj.

Zdjęcie z serii „oni jeszcze nie wiedzą” – pierwszy jachtostop, przed wypłynięciem z Nowej Zelandii

Leave a Reply