Kolumbia: pierwsze starcie – LAS LAJAS, MOCOA, POPAYAN, CALI, SAN CIPRIANO

Przed Kolumbią mieliśmy sporo obaw, ale też i oczekiwań. Czytając przed wyjazdem o tym kraju, bardzo się nakręciłam – bo salsa, bo różnorodność krajobrazu, podobno bardzo szczęśliwi i otwarci ludzie. Z drugiej strony doniesienia o napadach, kradzieżach, morderstwach i podkładanych bombach sprawiały, że mieliśmy ciarki na plecach i zastanawialiśmy się nawet, czy nie zrezygnować z autostopu. No to jak było?

Ipiales

Pierwsze miasteczko, do którego docieramy to przygraniczne Ipiales. Z duszą na ramieniu wychodzimy już po ciemku poszukać czegoś do jedzenia, wszak zjeść coś po całym dniu drogi trzeba, ale strach przed chodzeniem po ciemku w TEJ STRASZNEJ KOLUMBII jest niemały. Łapiemy na szybko pierwszego lepszego kurczaka z frytkami i wracamy to przydworcowego hostelu.

Następnego dnia miasteczko nie wygląda już tak strasznie. Wybieramy się do Las Lajas obejrzeć imponujące i pięknie położone sanktuarium. Może nie jesteśmy wielkimi fanami kościołów, ale ten robi spore wrażenie. Wzdłuż wąwozu, nad którym zbudowana jest bazylika, znajduje się sporo ścieżek spacerowych, ale my tego dnia jesteśmy jacyś leniwi i za dużo nie spacerujemy.

Sanktuarium w Las Lajas jest bardzo popularnym miejscem pielgrzymkowym w Kolumbii. Jak tak na nie patrzę, to nic dziwnego.
Tabliczki poświęcone osobom, które swoim wkładem finansowym umożliwiły wybudowanie sanktuarium

Mocoa

Początkowo mieliśmy plan, żeby wybrać się do Caño Cristales – rzeki położonej w głębi kolumbijskiej dżungli, która ma niesamowicie intensywny, czerwony kolor. Niestety po oszacowaniu kosztów musieliśmy odpuścić – sam wstęp do parku narodowego to nie lada wydatek, a trzeba by jeszcze dojechać (autostop w tamtych rejonach jest dość kłopotliwy – ruch prawie zerowy, poza tym nie jest zbyt bezpiecznie). „Jedźmy chociaż do Mocoa! To tylko 120 km od naszej głównej drogi z południa na północ”. No. Tylko, że te 120 km jedzie się ponad 6 godzin, bo droga jest zakręcona, jak jelita. W końcu z wysokości 3240 m n.p.m. zjeżdża się na 470 m n.p.m. do wilgotnej dżungli. A dojechać można tam z Pasto specjalnym jeepem. Bilet na pace zakrytej plandeką, razem z całym zestawem bagaży jest prawie o połowę tańszy. Tam więc jest nasze miejsce! Można trochę zmarznąć, ale w sumie jest całkiem wygodnie.

O tam, gdzie ta czarna plandeka – tam jest nasze miejsce!

Samo miasteczko jest co najwyżej takie sobie, ale w okolicy jest spektakularny wodospad Cascada Fin del Mundo (hiszp. wodospad na końcu świata), do którego prowadzi bardzo fajny szlak przez las, wzdłuż rzeki, przez kilka mniejszych wodospadów i jeziorek rzecznych, w których można się wykąpać. Wstęp na szlak kosztuje niemało, bo 15000 COP / 18 PLN, ale przynajmniej widać, że pieniądze nie idą na marne. Cała ścieżka jest dobrze utrzymana i zabezpieczona, przy każdym mniejszym wodospadzie i kąpielisku są pracownicy szlaku, kilku jest też na ścieżce w lesie, gdzie nie ma absolutnie nic. Ale panowie są, liczą turystów i mówią im „dzień dobry”. Nudna praca, ale chyba lepsza taka, niż żadna. Sam wodospad jest „na końcu świata”, bo spada z ogromnego skalnego urwiska i ogląda się go z góry. Dawniej można było podjeść na własną rękę do krawędzi, ale za dużo osób spektakularnym lotem z wodospadu pożegnało się ze światem. Teraz do krawędzi można podejść i popatrzeć na leżąco tylko w specjalnej uprzęży. To już trochę nadgorliwość BHP, ale kłócić się nie będziemy.

W drodze do Cascada Fin del Mundo mija się 4 mniejsze wodospady, w których można popływać w orzeźwiającej wodzie
I tak robimy!
Bezpieczeństwo przede wszystkim!
Pan jest hardkorem i chyba będzie schodził
I jeszcze bonus z dżungli – nieźle napalone mają tam drzewa 😀

Autostop

Wracając z Mocoa do Pasto znowu pojechaliśmy jeepem, ale dalej już wyciągając kciuk. W Pasto odwiedziliśmy jeszcze kierowcę, który wcześniej zabrał nas tam z Ipiales i zaprosił do domu na obiad. Nie chcieliśmy się wpraszać, ale na tamtym obiedzie zostawiłam w jego domu okulary, poszliśmy więc odebrać zgubę. Znowu nas nakarmiono, zapraszano na nocleg, ale mimo późnej godziny postanowiliśmy spróbować dotrzeć do Popayán. Żeby było nam łatwiej, zostaliśmy wywiezieni za miasto prawie na bramki autostrady. Pierwsze relacje z Kolumbijczykami zaliczamy więc bardzo na plus. Znowu bezinteresownie okazano nam tyle serca i pomocy, że w głowie się nie mieści. Prawie w ostatniej chwili przed zapadnięciem zmroku łapiemy stopa do samego Popayan. Co prawda kierowca jedzie jak szalony, wyprzedza na zakrętach i raz o mały włos nie giniemy pod kołami TIRa, ale ostatecznie docieramy cało do Popayán. W takiej sytuacji niby trzeba by wysiąść z samochodu i nie jechać dalej. Ale wysiadać w nocy, w kolumbijskiej wiosce pośrodku niczego, bez pewności, czy w ogóle jest gdzie tam zanocować… Trudne decyzje.

Popayán

Kolonialne białe miasteczko, którego starówka uznawana jest za drugą najładniejszą w Kolumbii po Cartagenie. Podobno kiedyś w mieście szalała plaga jakiegoś robactwa, które atakowało stopy mieszkańców (nie zrozumiałam po hiszpańsku co to było 🙁 ). Zaczęto bielić domy wapnem, żeby się go pozbyć. Na rogach niektórych budynków zostawiono po kilka chropowatych kamieni, niebielonych, żeby przed wejściem do domu można było wytrzeć nogi z robactwa. Taka miejska legenda. W każdym razie białą stylistykę zachowano do dziś, co bardzo ładnie się komponuje z drewnianymi elementami budynków.

Najlepsze, co nas spotkało w Popayán, to jednak nie ładne widoczki, a Couchsurfing. Z naszym hostem Felipe od razu załapaliśmy super kontakt, a w dodatku oprócz nas nocowało tam jeszcze 4 innych podróżników, a w grupie zawsze fajniej 🙂

Panorama Popayán przy zachodzącym słońcu. Sporo panoram już widzieliśmy, ale musimy przyznać, że ta jest niczego sobie.
A to dziedziniec uniwersytetu w Popayán. Studiowałabym
Wybieramy się też do pobliskiej wioski Silvia, gdzie na cotygodniowym bazarze można spotkać ludzi w tradycyjnych, regionalnych strojach

Cali

Kolumbijska stolica salsy. Jeżeli ktoś chce potańczyć, to zdecydowanie tam. Na każdym rogu jest jakiś klub, z którego słuchać gorące rytmy. Najlepiej wybierać te trochę oddalone od ścisłego centrum – są „prawdziwsze”, nie pod turystów. Nam niestety wyjście na salsę nie wypaliło, ze względu na kiepski wybór. Chcieliśmy przycebulować i poszliśmy na darmowe wydarzenie w parku, które okazało się bardziej pokazami salsy i muzyki salsowej, taki elegancki wieczór dla melomanów, a nie zwykła impreza. Także nie cebulować, iść do klubu i szaleć do rana!

Ciekawostką w Cali jest to, że trzeba naprawdę dobrze się rozeznać, gdzie można iść. Bardzo wiele dzielnic w mieście jest kontrolowanych przez narkotykowe mafie i lepiej niczego tam nie szukać. A w tych bezpiecznych dzielnicach można spotkać tanie supermarkety bez nazwy, gdzie można płacić tylko gotówką. Ciekawe, kto jest właścicielem…?

Uliczki Cali
Jest też park pełen figur kolorowych kotów

San Cipriano

Razem z 3 dziewczynami poznanymi na Couchsurfingu u Felipe w Popayán wybieramy się do San Cipriano. Jest to wioska czarnej społeczności położona w dżungli, bliżej wybrzeża Pacyfiku. Warto się tam wybrać z 2 powodów. Po pierwsze, żeby pospacerować po dżungli i wykąpać się w krystalicznie czystej wodzie rzeki Rio Danubio. A po drugie, żeby przejechać się motobruja, czyli jedyną w swoim rodzaju moto-drezyną. W dosłownym tłumaczeniu motobruja znaczyłoby „motowiedźma”. Dojazd do wioski możliwy jest tylko tym osobliwym środkiem transportu. Mieszkańcy wymyślili sobie biznes, i na nieczynnych już torach świadczą usługi transportowe swoimi wynalazkami – konstruują drewniane platformy, na których stawiają drewniane ławeczki, i do których podczepiają motor. Przednie koło znajduje się na platformie, a tylne jedzie po szynie kolejowej pchając całą konstrukcję. Nie pytajcie o poziom bezpieczeństwa. Zabawa jest super 😀

Motobruja – niezapomniane doświadczenie 😀
Życie mieszkańców San Cipriano płynie bardzo powoli…
Krystalicznie czysta woda!
Z bryłek gliny rysujemy sobie tatuaże. Niestety, Michał zapomniał swojego zmyć i tatuaż utrwalił mu się na kolejne 3 tygodnie… Od tamtej pory już się tak nie broni przed kremem od słońca 😀
Rozpadało się. Skoro włosy i tak mokre, osłońmy chociaż plecaki. Naturalne parasole sprawdziły się świetnie
Autostop w 5 osób w TIRze. Można? Można!

Nasze pierwsze wrażenia z Kolumbii są bardzo pozytywne. Mimo obaw okazuje się, jak zwykle z resztą, że dużo więcej jest tych dobrych ludzi, niż tych złych. Trzeba mieć po prostu wystarczająco dużo szczęścia, by spotykać tych pierwszych, a nie trafiać na tych drugich. No, można temu szczęściu pomagać nie kręcąc się tam, gdzie nie trzeba – wiadomo. My szczęścia mieliśmy sporo trafiając na przesympatycznych kierowców (5 autostopowiczów w jednym TIRze), genialnych ludzi z Couchsurfingu (Popayán, Cali), czy miłe panie z przydrożnej knajpy. Ceny dla nas były tam trochę za wysokie, zapytaliśmy więc, czy nie wyczarują czegoś taniej. Panie uznały, że w takim razie mogą poczęstować nas zupą i porcją ryżu za darmo. I co, tak strasznie w tej Kolumbii?

PS. Pisałam już kiedyś, że jesteśmy łatwi – nietrudno uwieść nas jedzeniem, zwłaszcza tanim, lub lepiej – darmowym <3

Nasza trasa

Dodaj komentarz

3 komentarze “Kolumbia: pierwsze starcie – LAS LAJAS, MOCOA, POPAYAN, CALI, SAN CIPRIANO”