Jak złapać JACHTOSTOP i uniknąć ROZCZAROWAŃ?

Jachtostop był naszym największym marzeniem tej wyprawy. Przygoda na morzu, oglądanie morskich stworzeń, dopływanie do małych wysepek na Pacyfiku, gdzie mało kto dociera… Brzmi super, jednak nasze pierwsze jachtostopowe doświadczenie będziemy wspominać raczej w ciemnych barwach. W dużym skrócie: złapaliśmy jacht na wymarzoną dla nas trasę. Pływanie przez cały sezon od Nowej Zelandii, przez Nową Kaledonię, Vanuatu, Wyspy Salomona, Papuę Nową Gwineę, Australię, Indonezję do Wietnamu. I już na pierwszym przystanku tej trasy – w Nowej Kaledonii – postanowiliśmy opuścić łódkę. Poskutkowało to 3 tygodniami bezowocnych poszukiwań kolejnej łodzi i ostatecznie – powrotem samolotem do Australii. W tym poście opiszemy jak złapać jachtostop, ale przede wszystkim – jak uniknąć, a raczej zminimalizować ryzyko rozczarowań. Lepiej się uczyć na cudzych błędach 😉

Kiedy łapać

Wtedy, kiedy jest sezon. Ze względu na huragany nie pływa się przez cały rok. Chcąc złapać jacht, trzeba być w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. Skarbnicą wiedzy jest w tym wypadku żeglarska Wikipedia cruiserswiki.org. Dobrą ściągawką jest też poniższa tabelka:

Pochodząca z tejże strony

Lub te same informacje w wersji obrazkowej:

Źródło – tam też można poczytać więcej o sezonach żeglarskich

Przydatna jest też strona windy.com, gdzie można sprawdzić kierunki wiatrów w konkretnych miejscach. Większość jachtów raczej nie będzie płynąć pod wiatr.

Łapanie online

Jest wiele portali, na których można znaleźć ogłoszenia żeglarzy szukający załogi. Podstawowe i najczęściej używane to findacrew.net, crewbay.com i dedykowane grupy na Facebooku, np. polska grupa „Jachtostopowicze czyli my”, lub grupy międzynarodowe, np. „Sailboat hitchhikers and crew connection”, „Sailboat crewfinder worldwide”. Jeśli szukacie z konkretnego portu, warto sprawdzić czy nie ma lokalnej grupy, np. w nowozelandzkiej Opua jest grupa „Opua Cruisers Net Group”.

Oprócz wyżej wymienionych warto sprawdzić strony z ofertami wolontariatów, takie jak workaway.info i helpx.net, bo tam też zdarzają się ogłoszenia żeglarzy poszukujących załogi (sami widzieliśmy jedno na helpx).  

Problemem z wyżej wymienionymi portalami jest to, że aby móc kontaktować się z żeglarzami, trzeba mieć konto premium, za które trzeba zapłacić. A my nie lubimy płacić za coś, co nie da nam 100% gwarancji sukcesu, tym bardziej, że chcąc mieć konto premium na wszystkich wymienionych serwisach, trzeba sporo zainwestować. Ale okazuje się, że dziś wcale nie tak trudno znaleźć kogoś w sieci. Żeglarze mają często swoje blogi, kanały na YouTube, strony na Facebooku itd. Znając imię i nazwisko lub nazwę jachtu, nietrudno odszukać dane kontaktowe w sieci. Jeżeli też wiecie z ogłoszenia, że dany jacht będzie w konkretnym miejscu o konkretnym czasie, możecie pytać o niego w biurze mariny.

Nie przegap tablicy ogłoszeń

Szwędając się po marinach w Nowej Kaledonii poznaliśmy sporo żeglarzy i jachtostopowiczów. Wszystkie osoby, które dołączyły na jacht za pośrednictwem wyżej wymienionych portali, dogadywały się z kapitanami nawet pół roku wcześniej. Nic dziwnego – ktoś planujący rejs chce skompletować załogę odpowiednio wcześniej, mieć czas, żeby się poznać itd. Warto więc zainteresować się tematem z wyprzedzeniem, na „tu i teraz” może być trudno znaleźć jacht w internecie, chociaż są wyjątki. My nim jesteśmy 🙂 Każdemu mogą przytrafić się nieoczekiwane zwroty akcji. Shaun – kapitan katamaranu, do którego dołączyliśmy w Australii – ze względu na sytuację rodzinną szukał załogi na szybko, bo jego żona z córką musiały nagle wrócić do Kanady.

Łapanie na miejscu – ogłoszenie

Bardzo dobrą serię wpisów o jachtostopie napisali Asia i Adam Dzieliccy na swoim blogu nanowejdrodzezycia.pl – możecie sprawdzić tutaj. To z ich wskazówek dotyczących ogłoszenia korzystaliśmy i uważamy, że są bardzo trafne. W skrócie:

  • ogłoszenie powinno być krótkie, ale konkretne. Oszczędź sobie tego, co może napisać każdy („to moje marzenie”, „szybko się uczę” itd.)
  • napisz dokąd chcesz płynąć, od kiedy jesteś dostępny, nie zapomnij o dacie zamieszczenia ogłoszenia
  • napisz, jakie umiejętności przydatne na jachcie posiadasz: doświadczenie żeglarskie (jeśli masz), umiejętność pływania, kursy ratownicze, gotowanie, szycie, czy czasoumilacze: gra na instrumentach, rysowanie itd. Czyli jaką korzyść będzie mieć z ciebie na jachcie kapitan.
  • koniecznie napisz, w jakich językach mówisz. Dobrze mieć wspólny język z kapitanem 😉
  • zamieść zdjęcie, to zawsze przyciąga uwagę. Najlepiej na łódce, jeśli masz. Jeśli nie, wybierz takie, na którym dobrze cię widać, bez okularów, czapek. Potraktuj to trochę jak CV 😉
  • ważna wskazówka od Dzielów – drukuj w kolorze i na kolorowym papierze. Wśród masy białych ogłoszeń na tablicy twoje – żółte, różowe, pomarańczowe czy jakiekolwiek inne – będzie się wyróżniać i przyciągać wzrok
  • i wskazówka od nas – warto mieć ogłoszenia w różnych rozmiarach. Nie zawsze chcą/mogą wywiesić duże A4, wtedy do akcji wkracza A5. Zrób też małe wizytówki z kluczowymi informacjami. Rozmawiając z żeglarzami bardzo często prosili nas o wizytówkę, żeby przekazać ją dalej, lub zachować na później.
Nasze ogłoszenia w trzech formatach. Akurat do zdjęcia zabrakło nam kolorowych wersji (druk w kolorze, jak wszystko w Nowej Kaledonii, jest okropnie drogi), ale w najistotniejszych miejscach byliśmy kolorowi!

Bądź wszędzie

Mając wydrukowane ogłoszenie, rozwieszaj je wszędzie, gdzie się tylko da. Przede wszystkim w biurach mariny (zwykle są tam do tego przeznaczone tablice ogłoszeń), w pralniach, toaletach, na stacjach benzynowych dla jachtów, restauracjach, pobliskich sklepach i supermarketach. Oczywiście zawsze pytaj o zgodę – nikt nie lubi spamerów.

Tu jesteśmy!

Przechadzaj się po marinach, zagaduj do ludzi, nawiązuj kontakty. Wiele osób w Noumei mówiło nam „Słuchajcie, no ja już mam pełny skład, gdyby nie to, to bym Was zabrał. Dajcie mi wizytówkę, jak usłyszę, że ktoś szuka załogi, na pewno przekażę”. Spróbuj podejrzeć kod do bramek do kei, żeby móc zagadywać konkretne jachty. ALE pamiętaj, żeby nie zamęczać ludzi. Rób listę jachtów i wykreślaj te, z którymi już rozmawiałeś. Nikt nie lubi stalkerów 😉 Warto zagadywać nie tylko żeglarzy, ale też pracowników mariny mających z nimi kontakt. Pytaj w punktach serwisowania, sklepach itd.

Nasza lista z jednej z marin w Noumei

Zwykle sporo jachtów stoi zakotwiczonych w zatoce przy marinie, bo przy kejach nie ma wystarczająco dużo miejsca. Spróbuj do nich dotrzeć. Może da się wypożyczyć kajak. Może zakumplujesz się z kimś, kto wypożyczy ci dinghy (ponton z silnikiem). Może jest kanał radiowy, na którym można nadać ogłoszenie i któryś z jachtów w marinie udostępni Ci swoje radio na chwilę. Ostatecznie możesz też siedzieć w marinie przy kei, do której dobijają dinghy z wielką tabliczką „CREW AVAILABLE”.

Kiedy już wszystkie środki zawodzą…

Negocjacje

Kiedy już uśmiechnie się do Ciebie szczęście i znajdziesz jacht, który chce Ciebie na pokładzie jako członka załogi, nie zachłyśnij się z zachwytu i nie wsiadaj ot tak na pierwszą lepszą łódź. Musisz ustalić dokładnie poniższe kwestie:

Finanse

Dobrym standardem jest dzielenie kosztów jedzenia. I tyle. Są jednak kapitanowie, którzy chcą abyś składał się również na opłaty w marinach i paliwo. Naszym zdaniem to nie jest do końca fair. Koszt doby spędzonej w marinie zazwyczaj nie jest zależny od ilości osób na jachcie, ilość spalonego paliwa także. Kapitan płynąc z Tobą czy bez i tak takie koszty musi ponieść. Natomiast Ty, jako załogant dokładasz się swoją pracą – gotowaniem, sprzątaniem, nocnymi wachtami. Kapitan zyskuje więcej czasu na odpoczynek i sen, Ty zyskujesz transport. Uczciwa wymiana. Znamy osoby, którym trafiały się jachtostopy zupełnie darmowe, znamy też takich, którym na koniec nawet zapłacono. W większości historii jednak wkład finansowy jest nieunikniony.

Nasz pierwszy kapitan wymagał składek na mariny i paliwo. Mówił, że to są nieduże koszty, że oni prawie wcale nie stoją w marinach, tylko w zatokach na kotwicy. I że nawet przy małym wietrze da się płynąć, bo mają dodatkowy żagiel – spinaker. Nie udało nam się wynegocjować składki tylko na jedzenie, ale ustaliliśmy limit – płacimy maksymalnie 200$ miesięcznie za naszą dwójkę za mariny i paliwo. Kiedy już byliśmy na łodzi w rozmowie wynikło, że spinaker to bardzo delikatny żagiel, przy nagłym podmuchu wiatru łatwo go uszkodzić. I że oni, kiedy są sami we dwójkę nigdy go nie rozpinają. I z niedoświadczoną załogą (czyli z nami) też nie zamierzają go używać. Ponadto, wypływając z Opua kapitan uszkodził dinghy, a podczas rejsu zepsuł się samoster (autopilot). Przez to po dopłynięciu do Nowej Kaledonii jacht stał w marinie ponad 2 tygodnie w oczekiwaniu na części. Nas to już na szczęście nie dotyczyło, bo zaraz po dopłynięciu opuściliśmy łódkę, ale gdybyśmy mieli na niej zostać, na dzień dobry dałoby nam po kieszeni.

Reasumując: dzielenie kosztów jedzenia jest OK, a jeżeli już kapitan upiera się na mariny i paliwo, warto ustalić limit. Nieoczekiwane naprawy mogą potrwać zaskakująco długo.

Zaopatrzenie łodzi na długi rejs to niemały wydatek… (na zdjęciu dosłownie ułamek zapasów)

Zakres obowiązków

Warto ustalić konkretny zakres obowiązków dla każdej z osób i dowiedzieć się, jakie są oczekiwania kapitana. Jednym z głównych powodów naszego odejścia z pierwszej łodzi był właśnie niesatysfakcjonujący nas podział ról. Niby mówiliśmy od początku, że chcemy oboje żeglować, ale nie ustaliliśmy konkretnie, jak to ma wyglądać. Okazało się, że kapitan nie uwzględniał mnie w wachtach – wszystkie zostały podzielone tylko między niego i Michała. Tak więc jednego dnia Michał spędzał 9 godzin za sterem, a następnego 15. Dodając do tego ok. 7 – 8 godzin snu, nie zostawało za dużo czasu wolnego. A ja? Ja miałam być w kuchni. Tylko. Przygotowywać kawę, jedzenie, zmywać, sprzątać. Kiedy chciałam być z Michałem na wachcie w nocy, było źle – on ma być sam. Kiedy Michał w wolnym czasie chciał mi pomóc w kuchni, było źle – to moje zadanie. Nam taki podział ról nie odpowiada. Nie mam nic przeciwko gotowaniu, wręcz przeciwnie – lubię gotować. Ale chciałam też mieć trochę żeglarskich obowiązków, no i uważam, że zmycie po sobie kubka i talerza nie jest dla kapitana plamą na honorze.

Reasumując: zapytaj, jak wygląda standardowy dzień na łodzi. Kto za co odpowiada, jaka ma być w tym twoja rola i zastanów się, na jakie warunki jesteś w stanie przystać.

Glina za sterem na pierwszym jachtostopie
Na drugim jachtostopie nocnych godzin za kółkiem doczekałam się i ja. To teraz marznę!

Choroba morska

Nie wybiera. Jest tylko niewielki % ludzi zupełnie odpornych na morskie bujanie. Nasz pierwszy kapitan i jego żona mają szczęście znajdować się w tym gronie. Dopóki nie wypłyniesz, nie dowiesz się czy chorujesz, ani jak bardzo. Michał cierpiał 1,5 dnia, ja 4. Ciągłe zawroty głowy, wymioty, osłabienie. Wiadomo, że w takim stanie nie jesteś najbardziej przydatnym załogantem na świecie. O ile trzymać wachtę się jeszcze jakoś da (jest blisko za burtę, a patrzenie w horyzont i oddychanie świeżym powietrzem pomaga), to gotować obiad pod pokładem, gdzie jest duszno i bujanie czuć dużo bardziej już niekoniecznie. Znowu więc – podział obowiązków. Przywiązanie jednej osoby tylko do kuchni nie jest najlepszym pomysłem. Upewnij się, że w razie choroby podział może być bardziej elastyczny. Jak poczujesz się lepiej, odpracujesz to, co przeleżałeś. Weź ze sobą odpowiednie leki. Myślę, że każdy, kto choć raz przez to przeszedł będzie wyrozumiały dla twojej chwilowej słabości.

Jednym z piękniejszych zjawisk podczas żeglowania jest świecący plankton. Bioluminescencja występuje, kiedy woda się porusza, więc płynąca łódka rozświetla wokół siebie mnóstwo małych „iskierek”. Rzyganie za burtę dodatkowo wzmacnia ten efekt 😀 (nie, fotka nie przedstawia rzygania za burtę)

Dobry nauczyciel to podstawa

Jachtostop da się złapać nie mając zielonego pojęcia o żeglowaniu. Znamy sporo osób, którym się to udało. Sami mieliśmy doświadczenie tylko w żeglarstwie śródlądowym, które bardzo się różni od tego na morzu. Ważne, żeby kapitan chciał i umiał uczyć. Jeśli masz mu być pomocą, musisz wiedzieć, co robić. Kapitan może być mistrzem żeglarstwa, ale jeśli nie wytłumaczy Ci, dlaczego w tej chwili tak wyregulował żagiel, następnym razem w takiej sytuacji nie będziesz wiedzieć co robić. Upewnij się, że jest tego świadomy. Zapytaj, czy ma jakieś doświadczenie w uczeniu, czy wcześniej już żeglował z niedoświadczoną lub mało doświadczoną załogą, jak im się układało. Jeśli jest taka możliwość, umówcie się na próbne jednodniowe wypłynięcie. Jeśli nie, może możesz poprosić o wstępne przeszkolenie z elementów łódki, zasad bezpieczeństwa, wiązania węzłów. Zobaczysz, w jaki sposób tłumaczy, ile ma cierpliwości 😉 Tak, to też nam „nie pykło” na pierwszym jachcie.

Reasumując: upewnij się, że kapitan jest świadomy Twoich umiejętności i jest chętny poświęcić Ci trochę czasu na naukę.

Uczymy się ogarniać dinghy

Musi być chemia

Między Tobą, a kapitanem musi być chemia, jak to określił nasz kolega Maciek, jachtostopowy wyjadacz. Macie spędzić razem od kilku dni do kilku miesięcy na małej, odizolowanej przestrzeni. Musicie się polubić. Ufaj swojej intuicji. Jeżeli rozmawiając na lądzie coś Ci nie pasuje, masz złe przeczucia, to na morzu, w ciasnej, bujającej się łódce, w trudnych warunkach na pewno nie będzie lepiej. Pamiętaj też, że dopóki nie wypłyniecie, w każdej chwili możesz zrezygnować. Ok, to niezbyt fajne wystawiać kogoś w dniu wypłynięcia, ale z perspektywy czasu to lepsze niż ponad tydzień rejsu w kiepskiej atmosferze i sporach.

Wspólne piwko na plaży sprzyja dobrym relacjom

Nasz jachtostop

Sezon żeglarski w Nowej Zelandii zaczyna się na początku maja. My pod koniec stycznia porozwieszaliśmy wszędzie swoje ogłoszenia i wyjechaliśmy na 3 miesiące do Australii z zamiarem powrotu i ponownego szukania jachtu na początku sezonu. Podczas pobytu w Australii na nasze ogłoszenia odpowiedziało kilka osób, z czego trasa rejsu do Wietnamu była zdecydowanie najciekawszą propozycją. We czwórkę umówiliśmy się na video-rozmowę. Wszystko było grzecznie, miło, ale już po tej rozmowie miałam delikatne przeczucie, że jest szansa, że się z kapitanem nie polubimy. Takie ukłucie gdzieś z tyłu głowy. Ale przecież nie skreśla się TAKIEJ trasy ze względu na małe przeczucie. Później, w połowie kwietnia, kapitan z żoną przylecieli na tydzień pozwiedzać Sydney. Spotkaliśmy się, żeby spędzić razem dzień i lepiej się poznać. Po tym spotkaniu oboje z Michałem mieliśmy już duże wątpliwości. Ale znów baliśmy się zrezygnować z TAKIEJ trasy, baliśmy się, że może nie znajdziemy nic lepszego. Postanowiliśmy zaryzykować. „Najwyżej wysiądziemy w Nowej Kaledonii i tam poszukamy innej łodzi”. W dniu, w którym dotarliśmy do mariny w Nowej Zelandii i wprowadzaliśmy się na łódkę, usłyszałam od kapitana niewybredny, seksistowski żart. Miałam zepsuty humor do końca dnia, znowu milion myśli w głowie, że może jednak nie powinniśmy z nimi płynąć, ale głupio tak rezygnować teraz. Teraz już wiem, że nie głupio. Że dużo lepiej by było kulturalnie, bez urazy pożegnać się jeszcze tam.

Gdybyśmy zostali w Nowej Zelandii, mielibyśmy duże szanse znaleźć inny jacht płynący w równie ciekawe miejsca. Byliśmy na samym początku sezonu, mariny były pełne. Jeszcze przed połową drogi do Nowej Kaledonii byliśmy pewni, że opuścimy jacht. Byliśmy dobrej myśli – w końcu to dopiero początek sezonu, na pewno coś jeszcze znajdziemy. Nie znaleźliśmy. Na początku sezonu łodzie przypływają do NK i raczej nie potrzebują załogi. Praktycznie nie było jachtów, które płynęłyby w interesujące nas kierunki, a jak były, miały komplet. Nowa Kaledonia jest dobrym miejscem do łapania jachtu do Australii, ale dopiero pod koniec sezonu. Nie chcieliśmy tyle czekać. Po 2 tygodniach zaczęliśmy tracić nadzieję i rozważać inne opcje. Po 3 tygodniach Michał znalazł ogłoszenie na findacrew.net. Rejs z Brisbane, wzdłuż wybrzeża Australii, a potem przez Indonezję. Rozmowa przez telefon. Już po kilku minutach czujemy, że rozmawiamy ze „swoim” człowiekiem. Wypytujemy o wszystko, ustalamy szczegóły. Szybka decyzja. 2 dni później jesteśmy już w samolocie do Brisbane. Stajemy się załogą katamaranu. I choć nie popłyniemy na tak wymarzone przeze mnie wyspy na południowym Pacyfiku, wiemy, że to bardzo dobra decyzja. Jesteśmy na łódce, na której czujemy się dobrze. Po raz kolejny przekonujemy się, że to ludzie, a nie miejsca mają największe znaczenie na tej wyprawie.

Jachtostop to piękna sprawa, jak się trafi na odpowiedniego kapitana. To jak, kogo namówiliśmy na przygodę na morzu?

Zdjęcie z serii „oni jeszcze nie wiedzą” – pierwszy jachtostop, przed wypłynięciem z Nowej Zelandii
A to już drugi jachtostop. Kiedy dołączamy na pokład, katamaran jest jeszcze wyjęty z wody
Łodzią można odwiedzić ciekawe miejsca, …
…piękne plaże, …
…bardzo niebieskie kotwicowiska, …
Można mieć towarzystwo w postaci delfinów, …
…a nawet wielorybów (tu: kaszalot)…
i podziwiać piękne wschody i zachody słońca.

Leave a Reply