Czy ZAKOCHALIŚMY SIĘ w ŻEGLOWANIU?

Jachtostop marzył nam się od początku podróży, chociaż prawdę mówiąc, nie mieliśmy o nim pojęcia. Ok, żeglowaliśmy trochę na Mazurach, Michał ma patent żeglarza jachtowego, więc zna teorię. Ale nie mieliśmy pojęcia, z czym wiąże się codzienne życie na morzu. Jak to jest przez kilka dni lub tygodni nie widzieć nic wokół, tylko fale i bezkres oceanu. Po ponad 4 miesiącach spędzonych na łodzi i niezliczonych rozmowach z wieloma żeglarzami, mamy już trochę więcej pojęcia na ten temat i postanowiliśmy – bez upiększania – odpowiedzieć na pytanie: czy żeglowanie to idealny sposób na zwiedzanie świata?

Oczywiście wszystko, o czym powiemy tutaj, to nasza subiektywna opinia. Każdy ma inne postrzeganie i jednemu jedne rzeczy przeszkadzają mniej, inne bardziej. Zacznijmy może od wad, żeby zakończyć wpis pozytywnym akcentem.

DROGO

To nie jest zabawa, na którą da się oszczędzić pieniądze w niecałe 2 lata (tak jak my na naszą podróż). Najpierw trzeba kupić jacht. A potem… go naprawiać. Żeglarze mówią, że żeglowanie dookoła świata, to naprawianie łodzi w egzotycznych lokalizacjach. Ciągle coś się psuje i trudno wskazać uniwersalną przyczynę takiego stanu rzeczy. Na jacht po prostu działają ogromne siły i co jakiś czas jest coś do naprawy. A to pompa, a to uszczelka, a to lina, a to nie daj boże żagiel… Dodatkowo elementy wyposażenia jachtu są drogie. Przykładowo klamka do lodówki, ze specjalnym zatrzaskiem, żeby drzwi nie otwierały się przy przechyłach potrafi kosztować 190 USD. A ten specjalny zatrzask ma plastikowe elementy, które mogą się połamać. Samo olinowanie katamaranu to koszt ok. 7500 USD. A liny profilaktycznie trzeba co kilka lat wymieniać. Dodatkowo opłaty za paliwo, opłaty portowe, itd. Po prostu droga impreza i trzeba być na to gotowym.

Kiedy jest się załogantem tak jak my, koszty napraw i (zazwyczaj) portów i paliwa nas nie dotyczą. Idealne rozwiązanie, prawda? No nie do końca. Będąc załogantem nie zawsze ma się wpływ na trasę rejsu. Parę razy było nam szkoda, że nie zatrzymujemy się przy różnych wyspach po drodze, ale nie my o tym decydowaliśmy. Poza tym będąc u kogoś na łódce, jest się u kogoś w domu. To tak jakby wynajmować pokój w bardzo małym mieszkaniu z właścicielami, gdzie wszystko jest strasznie drogie. Przyrównuję do wynajmu, bo z założenia swoją pracą – wachtami, pomocą przy naprawach, gotowaniem, sprzątaniem – spłacasz swój pobyt na łodzi. Na krótki czas spoko, ale chyba nie chciałabym w ten sposób opływać całego świata.

Przez większość czasu, kiedy żeglowaliśmy wzdłuż wybrzeży Australii, wszędzie po pokładzie walały się różne narzędzia i panował ogólny rozgardiasz

Kolejną kwestią jest to, że nie pływa się cały rok. Sezon huraganów trzeba przeczekać w bezpiecznym miejscu. Oznacza to kilka miesięcy płacenia za jacht, który stoi w marinie. Przykładowo, po przepłynięciu Pacyfiku docierasz do Nowej Zelandii, parkujesz łódkę w marinie. Wybierasz się na objazdówkę po kraju, więc za noclegi płacisz 2 razy – raz za łódkę, która stoi zaparkowana, dwa za swoje noclegi podczas objazdu.

Oczywiście nie jest tak, że tylko bogaci oligarchowie mogą żeglować. Im prostsza łódź, im mniej ma bajerów, tym mniej kosztuje i tym tańsza jest w utrzymaniu. Przekłada się to na komfort codziennego życia, ale tak samo jest z naszą podróżą – jak chcemy taniej, nie zawsze mamy wygodnie. Poznaliśmy bardzo fajną parę Brytyjczyków, którzy żeglują dookoła świata na małej łódce już od 3 lat. Robią to na naprawdę małym – jak na żeglowanie oczywiście – budżecie. Jeśli jesteście ciekawi jakie to są koszty, Amy i Matt nagrali na ten temat film, który możecie obejrzeć tutaj. Zachęcamy do śledzenia ich przygód i obejrzenia nie tylko odcinka o kosztach ; ) Nawet my pojawiamy się w jednym z filmików, kiedy popłynęliśmy razem podziwiać rafę w Bandzie (o tutaj).

Dodatkowo mniej więcej raz na 10 miesięcy dobrze jest wyciągnąć łódź z wody, oczyścić porządnie ze wszystkich glonów i żyjątek i odmalować wszystkie elementy specjalnymi ochronnymi farbami.

OGRANICZENIA

Nie jest tak, że mając łódź masz stuprocentową wolność i możesz płynąć, gdzie tylko chcesz. Płynąć może i tak, ale zatrzymać się już nie. Po pierwsze ze względów administracyjnych. Wpływając do nowego kraju musisz najpierw zatrzymać się w porcie, w którym możesz dokonać formalności imigracyjnych. Płynąc więc z Nowej Zelandii do Nowej Kaledonii nie mogliśmy się zatrzymać na wyspie Norfolk, która jest praktycznie w połowie drogi, bo jest to wyspa australijska i nie ma tam punktu granicznego. Tak samo z opuszczaniem kraju. Jeżeli już wymeldujesz się w porcie do tego przeznaczonym, zazwyczaj nie możesz zatrzymywać się nawet na kotwicy przy mniejszych wysepkach należących do danego kraju.

Kolejny przykład: jedyny port w Nowej Kaledonii, w którym można dopełnić formalności imigracyjnych to Numea na południowym zachodzie wyspy. Płynąc od wschodu nie można więc najpierw zwiedzić wysepek Loyalty Islands na wschodzie. Trzeba zameldować się w stolicy, a potem ewentualnie cofać się na zachód.

A po drugie nie zawsze możesz się zatrzymać gdzie chcesz ze względu na warunki. Czasami nie da się zakotwiczyć, bo na dnie są korale. Czasami jest za płytko, a czasami za głęboko. Czasami zatoka nie jest dobrze osłonięta i w przypadku silnego wiatru kotwica może puścić i łódź może zostać zepchnięta na skały. I tak dalej i tak dalej. No nie zawsze się da i tyle.

Czasem bardzo chcieliśmy gdzieś zostać na noc, mimo niesprzyjających warunków. Tu na przykład musieliśmy zrzucić drugą kotwicę z rufy, żeby wiatr nie obracał łodzi i żeby nie uderzyła o skały. Niestety w nocy silniejszy wiatr wyrwał rufową kotwicę z dna i musieliśmy się ewakuować 🙁

TYLKO WYBRZEŻE

Żeglując dookoła świata zwiedza się zazwyczaj tylko wybrzeże. O ile w marinie raczej bez obaw można zostawić łódź na jakiś czas i zwiedzać wnętrze lądu (ale znów kwestia kosztów), to na kotwicy jest to dość ryzykowne. Jeśli pogoda zacznie wariować, zerwie się silny wiatr, kotwica może puścić i łódź słodko podryfuje na otwarte morze lub wyląduje na plaży. Razem z całym waszym domem i dobytkiem. No nie za fajna perspektywa. O ile żeglując po małych wyspach, które da się zobaczyć w jednodniowych wypadach to nie problem, to żeglując wzdłuż Australii raczej na Uluru się nie wybierzecie. No chyba, że zostawicie łódź w marinie i będziecie płacić za jej postój. Od razu dodam, że ten punkt nie do końca jest wadą. Jest to po prostu zupełnie inna perspektywa podróży, skupiająca się na innych aspektach, ale warto być tego świadomym. Podróżując lądem po wspomnianej Australii z kolei nie ma się aż tylu okazji do podziwiania Wielkiej Rafy Koralowej i małych wysepek wzdłuż wybrzeża (a jeśli się ma, to jest to dość kosztowne). Coś za coś.

Zatopione wraki statków w Australii

CIASNO

Nawet na dużym, wygodnym katamaranie jest ciasno. Połowę miejsca w schowkach, jeśli nie więcej, zajmują narzędzia i zapasowe części. Pozostałe miejsce zapełnione jest przez zapasy jedzenia, ubrania itp. Pod ręką jest dosłownie kilka rzeczy, większość jest poupychana w schowkach pod siedzeniami, pod łóżkami i w rozmaitych kątach. Żeby wyjąć jedną rzecz zazwyczaj najpierw trzeba wyjąć 5 innych. Jeśli chcecie mieć trochę szersze pojęcie jak wygląda łódka w środku, ponownie odsyłamy do naszych znajomych Amy i Matta, którzy po swojej zgrabnej łódeczce oprowadzą Cię tutaj.

Pod siedzeniami w salonie są schowki na żywność. Chcąc coś wydostać trzeba zdjąć oparcie, zdjąć siedzenie, zdjąć drewnianą pokrywkę i dogrzebać się do potrzebnej rzeczy. Pół biedy jeśli szukana rzecz jest w siedzeniu z brzegu. Gorzej jeśli trzeba wcisnąć się za stół i dobierać do tamtych siedzeń.

DUSZNO

Żeglując nie ma mowy o otwieraniu okien. O ile na krótszych (kilkugodzinnych) odcinkach to nie problem, na dłuższych (kilkudniowych) robi się niezły zaduch. Zazwyczaj jest gorąco, nie ma jak przewietrzyć i panuje duża wilgoć. W dodatku zazwyczaj w łódkach okienka są bardzo małe (mniejsze prawdopodobieństwo nieszczelności lub zbicia szyby przez silną falę). Nawet jak już szczęśliwie dobijemy do portu lub zrzucimy kotwicę i możemy w końcu otworzyć okna, nie ma wcale niesamowitego przewiewu. Na szczęście w obu łódkach, na których byliśmy, nad łóżkami były małe wiatraczki, które nieraz ratowały nam życie.

Mieliśmy OGROMNE szczęście, że trafiliśmy na łódkę, w której są duże okna i na pokój, który dało się przewietrzyć (jedyny w całej łodzi). Tak dużych okien nie widzieliśmy na żadnej innej łodzi (a trochę ich mieliśmy okazję pooglądać żeglując przez 4 miesiące i poznając żeglarzy).

KAŻDA KROPLA I MILIAMPER NA WAGĘ ZŁOTA

W jachtach, na których nie ma odsalarki masz tyle wody, ile w zbiornikach. I tyle, do następnej możliwości uzupełnienia. Trzeba nią bardzo rozsądnie gospodarować. Woda potrzebna jest do picia i gotowania, pozostałe potrzeby schodzą na dalszy plan. Prysznic wcale nie jest codzienną oczywistością, a raczej cokilkudniowym rarytasem. I to w słonej wodzie, spłukując słodką na koniec. A i to nie zawsze. Tak samo z myciem naczyń. Poznaliśmy nawet takich, którzy słodkiej wody używali tylko i wyłącznie do picia i gotowania. W słonej wodzie robili pranie i myli zęby. Dla mnie to już za duży hardcore, ale da się.

W jachtach wyposażonych w odsalarkę jest trochę lepiej, ale też nie ma mowy o długim prysznicu. Poza tym przy dłuższych odcinkach trzeba mieć na uwadze, że odsalarka może się zepsuć. Co jeśli pośrodku oceanu nie uda się jej naprawić i zostaniesz bez wody? Na przykład przy przekraczaniu Pacyfiku już pierwszy odcinek z Panamy na Galapagos trwa ok. tydzień, w zależności od pogody i wielkości łodzi i żagli. A wielu żeglarzy płynie prosto na Markizy, bo Galapagos są bardzo drogie. Nasi znajomi płynęli ten odcinek 45 dni! Nic chyba dziwnego, że nawet zęby myli wodą morską.

My na katamaranie mieliśmy odsalarkę, ale i tak wszystko myliśmy słoną wodą i na koniec spłukiwaliśmy słodką. Na takie słono-słodkie prysznice mogliśmy za to sobie pozwolić przez większość czasu codziennie. Na pokładzie była nas najpierw czwórka, a potem szóstka, więc zużycie było duże. Dodatkowo, mieliśmy słodkowodne toalety. Podobno słonowodne szybko zaczynają śmierdzieć. Z drugiej strony każdy żeglarz, któremu o tym wspominaliśmy łapał się za głowę i mówił, że woli codziennie myć kibel, niż marnować 2 litry pitnej wody przy każdym spłukaniu… Nam też się to nie wydaje najlepszym pomysłem, ale nie nasza łódka, nie nam decydować. Nawet mając odsalarkę trzeba ostrożnie gospodarować wodą, bo to urządzenie zużywa dużo prądu. Energia na łódce pochodzi głównie z paneli słonecznych, czasami są jeszcze generatory wiatrowe lub wodne. U nas w słoneczne dni zupełnie nie było problemu z energią. Ale uruchamiając odsalarkę w pochmurny dzień, można za bardzo rozładować baterie i w nocy może być problem, bo lodówka, zamrażarka i instrumenty nawigacyjne muszą działać całą dobę i również pobierają energię. Trzeba więc zawsze mieć na uwadze stan baterii i prognozy pogody oraz pilnować, aby w nocy i w pochmurne dni nic niepotrzebnie się nie ładowało. Na awaryjne sytuacje jest zawsze agregat prądotwórczy, ale po pierwsze hałasuje, a po drugie zużywa paliwo, które nie jest tanie. Żaden kapitan raczej nie odpali agregatu, żeby można było sobie obejrzeć film na laptopie.

Zwykle myliśmy się na schodkach lewego kadłuba. Wskakiwaliśmy do wody, namydlaliśmy się, wskakiwaliśmy znowu, żeby spłukać pianę, a na koniec szybkie płukanie słodką wodą. Ze specjalnego schowka wyciąga się węża ze słuchawką, podłączonego do zbiornika pitnej wody. Przy takich prysznicach warto zadbać o naturalne, ekologiczne środki higieny!

BRAK INTERNETU

Czy to wada to akurat dyskusyjne, detoks od sieci jeszcze nikomu nigdy nie zaszkodził. Ale powiedzmy że przy takim przekraczaniu Pacyfiku 45 dni bez scrollowania Facebooka może przeszkadzać 😀 Może być to problematyczne także dla żeglujących rodzin, gdzie rodzice sami są nauczycielami dla swoich dzieci i częściej potrzebują dostępu do informacji. Poznaliśmy jednak wiele takich rodzin i wszyscy zawsze jakoś sobie radzą.

W wielu marinach są półki z książkami na wymianę. W Australii za to widywaliśmy specjalnie w tym celu zbudowane wiaty ma plażach, nawet na niezamieszkałych wysepkach.

CHOROBA MORSKA

Nic przyjemnego, nie polecamy. Nie każdy choruje tak samo, da się też trochę przyzwyczaić i uodpornić, ale jak dopadnie, to nie jest wesoło. Na szczęście są na to leki.

NOCNE ZMĘCZENIE

Kapitan zawsze czuwa. My byliśmy na łódce przez większość czasu w 4 osoby, co przy 3 godzinnych wachtach daje 9 godzin odpoczynku pomiędzy nimi. Dla nas – załogantów – nie było to bardzo uciążliwe. Oczywiście mieliśmy do obstawienia te mniej przyjemne godziny – od północy do 3 nad ranem i od 3 do 6 – i chciało się spać, ale po jakimś czasie organizm się przyzwyczajał i wpadał w rytm. Ale nasz kapitan zawsze czuwał i nawet śpiąc, jednym uchem nasłuchiwał. Najmniejszy zgrzyt i już był na nogach. Podczas pływania nie spał w łóżku, tylko na siedzisku na pokładzie, żeby w razie potrzeby być pod ręką. A my, wiedząc jak drogą sprawą jest łódź i wiedząc, że to jego dom, nie chcieliśmy i nawet nie mogliśmy podejmować większości decyzji bez wiedzy kapitana. Kiedy więc w nocy cokolwiek budziło naszą wątpliwość, musieliśmy budzić Shauna i się z nim konsultować. Właśnie dlatego można złapać jachtostop nawet nie mając doświadczenia. Kapitan potrzebuje dodatkowej pary oczu, żeby chociaż spróbować się zdrzemnąć. I nawet jeśli masz doświadczenie w żeglarstwie, większość kapitanów i tak będzie chciała, żebyś konsultował z nimi co robisz. Żeglując w 2 osoby jest jeszcze trudniej. Po 3 godzinnej wachcie masz niecałe 3 godziny snu. Brzmi trochę strasznie, ale poznaliśmy wiele par żeglujących tylko we dwoje. Wszyscy mówią, że organizm szybko się przyzwyczaja, a w ciągu dnia jest dużo czasu na odsypianie.

W nocy na wachcie potrafi być zimno!

BRAK RUCHU

To było dla nas zaskakujące odkrycie, bo nigdy nie myśleliśmy o żeglowaniu pod tym kątem. Większość czasu na łodzi spędza się siedząc albo leżąc. Nie ma za bardzo dokąd pójść, nie ma gdzie poćwiczyć, po prostu brakuje wysiłku fizycznego i rozruszania mięśni. Bardzo łatwo się rozleniwić i po tygodniu żeglugi nawet kilometrowy spacer na lądzie męczy dwa razy bardziej.

Jedno z podstawowych zajęć: siedzenie i gapienie się na zachodzące słońce

KRAŃCE ŚWIATA

Powiało pesymizmem, więc przejdźmy teraz do pozytywnych aspektów. Żeglowanie daje możliwość docierania do absolutnych krańców świata, do których innym sposobem nie da się dotrzeć, lub jest to bardzo skomplikowane. Weźmy takie przekraczanie Pacyfiku. Żeglarze odwiedzają małe, wyspiarskie państewka, o których istnieniu pewnie nawet nie słyszeliście (ręka w górę, kto słyszał o Niue? Tuvalu? Kiribati?). Przepiękne wyspy nieskażone jeszcze masową turystyką, do których może i da się dolecieć, ale na 5 przesiadek i za bardzo duże pieniądze. Dodatkowo poruszanie po takich wyspiarskich krajach bez łodzi i na własną rękę jest bardzo kosztowne. Kiedy szukaliśmy jachtu w Nowej Kaledonii, byliśmy na największej wyspie Grande Terre. Rozważaliśmy też polecenie lub popłynięcie promem na pozostałe mniejsze wyspy, ale koszty takiej przeprawy nas przerosły. A żeglarze po prostu zabierali tam swój pływający dom i cieszyli się widokami. Ponadto jest mnóstwo bezludnych wysepek, malutkich atoli, czasem podwodnych, przy których można się zatrzymać i mieć plażę i rafę tylko dla siebie. Być samemu na krańcu świata, tylko ty i natura.

Nasze ulubione miejsce: podwodny atol, na którym spędziliśmy 2 dni podziwiając podwodne cuda

PODWODNY ŚWIAT

Nigdy jeszcze nie mieliśmy tylu możliwości podziwiania podwodnego świata, co podczas żeglowania. Wielu żeglarzy ma na pokładzie swój sprzęt do nurkowania, a nawet kompresor. W takim układzie ma się w zasadzie nieograniczone możliwości nurkowania. Na naszym katamaranie był sprzęt, z którego Shaun pozwalał nam korzystać, za co jesteśmy mu ogromnie wdzięczni. Nie było kompresora. Mogliśmy więc nurkować w miejscach, gdzie później była możliwość ponownego napełnienia zbiorników. Jak się okazuje nie jest to bardzo duże ograniczenie, bo praktycznie na każdej zamieszkałej wyspie, wokół której jest piękna rafa, jest przynajmniej jedno centrum nurkowe, gdzie można napełnić zbiorniki. Dzięki uprzejmości Shauna jedno nurkowanie kosztowało nas tyle, co uzupełnienie butli, czyli ok. 3,5 USD, podczas gdy nurkowanie wykupione w firmie, z wypożyczeniem sprzętu itd. kosztuje średnio ponad 10 razy więcej. Nienurkujący żeglarze wcale nie są stratni. Praktycznie na każdym kotwicowisku, na jakim się zatrzymywaliśmy, rafa koralowa była na tyle płytko, że wystarczył snorkeling. Trzeba było odpłynąć trochę od łódki i podwodny świat był na wyciągnięcie ręki. Nie da się porównać snorkowania na bezludnej wyspie, bez śmieci i z żywą rafą do tego w popularnych miejscach, jak na przykład na indonezyjskich wysepkach Gili. No po prostu się nie da, zupełnie inna liga. I takich miejsc nie da się doświadczyć inaczej, niż na własnym jachcie (lub złapanym na stopa rzecz jasna)

Zdjęcie jeszcze z kursu nurkowego
Nie mamy niestety podwodnej kamery, która z zadowalającą jakością uwieczniłaby podwodne cuda. Dlatego nemo wygląda tu dość blado

PODWODNA FAUNA

Siedzisz na wachcie i wpatrujesz się w bezkres oceanu. Nagle w oddali z wody wyskakuje wieloryb. Innym razem kaszalot przepływa 3 metry od jachtu. Jeszcze innym razem grupka delfinów wesoło skacze wokół dziobu, potrafią tak płynąć z łódką dobrych parę minut. Oczywiście takie sytuacje nie zdarzają się codziennie. Wieloryby podczas 4 miesięcy widzieliśmy 3 razy, delfiny kilka razy więcej. Nie zmienia to faktu, że niesamowicie jest zobaczyć te morskie stworzenia na wolności, w ich naturalnym środowisku. Za każdym razem była ogromna radość, kiedy mogliśmy przyjrzeć im się bliżej, chociaż przez chwilę.

Kaszalot podpłynął nas obczaić
Delfiny <3 Moje ulubione towarzystwo na morzu

PIĘKNO NOCY

Nigdzie nie widzieliśmy tylu gwiazd, co w nocy na morzu. Coś niesamowitego. Świecący plankton to kolejny cud. W Meksyku jechaliśmy specjalnie nad jedno jeziorko, by go zobaczyć (nie udało się), a potem na wyspę Holbox, gdzie go w końcu zobaczyliśmy. Robi ogromne wrażenie. A żeglując można go oglądać prawie codziennie!

Bardzo trudno jest uwiecznić na zdjęciu bioluminescencję, ale wygląda to mniej więcej tak, jakby w wodzie tysiące świecących gwiazd zapalało się przy najmniejszej fali.

WYCISZENIE

To, co wpisaliśmy jako wadę, może być też zaletą. Brak internetu i brak ruchu to dobre wyciszenie i relaks. Nigdy nie czytaliśmy tylu książek i nie obejrzeliśmy tylu filmów, co podczas żeglowania.

DOM Z ŻAGLAMI

Może i ciasno, może i duszno, ale to jednak twój dom. Podróżowanie całym domem jest bez porównania wygodniejsze, niż życie ze spakowanym plecakiem. Śpisz zawsze w swoim łóżku, masz rozpakowane ubrania na półce, masz gdzie ugotować jedzenie i (zazwyczaj) gdzie się umyć. Zejście z łódki i powrót do plecakowego życia był dla nas bardzo bolesny.

CZY ZAKOCHALIŚMY SIĘ W ŻEGLOWANIU?

W godzinach spędzonych za sterem, regulowaniu żagli, ciągłych naprawach  – NIE. Ale zakochaliśmy się w możliwościach, jakie ze sobą niesie. Drogo? Jak wrócimy z tej podróży i w końcu będziemy dorośli, zaczniemy zarabiać i odkładać na swoją łódź. Może na emeryturze sprzedamy mieszkanie i będzie nas już na taką podróż stać :D. Ograniczenia? Cóż, nie da się zobaczyć wszystkiego, dawno się z tym pogodziliśmy. Zmęczenie na wachcie? Organizm się przyzwyczaja, a nigdzie nie widzieliśmy tak pięknego nocnego nieba i takiej ilości świecącego planktonu, jak w nocy na morzu. Ciasno? Duszno? Oszczędnie z wodą? Do wszystkiego da się przyzwyczaić. A widoki, przeżycia, nurkowanie, snorkowanie, bezludne, rajskie wysepki, puste plaże, morskie zwierzęta, ryby… myślę, że wynagradzają wszelkie trudy podróży.

Teraz już wiesz, jak wygląda żeglowanie od kuchni. Skusiłbyś się na morską przygodę? Jeśli tak, może zainteresuje Cię też nasz poradnik jak złapać jachtostop.

Leave a Reply

2 komentarze “Czy ZAKOCHALIŚMY SIĘ w ŻEGLOWANIU?”