Czego nauczyło nas 1,5 roku podróży na drugą stronę świata?

Mówi się, że podróże kształcą. Po 1,5 roku bycia nieustannie w drodze, nie możemy się z tym nie zgodzić. Nie chodzi tylko o poznawanie nowych miejsc i kultur, czy naukę nowych języków. Jesteśmy mniej więcej w połowie drogi w naszej podróży dookoła świata i już zyskaliśmy mnóstwo, a drugie tyle (lub więcej) jeszcze przed nami. No to czego już nauczyła nas ta podróż?

Troski o środowisko

Jak słyszę, że ktoś nie wierzy w globalne ocieplenie, bo to spisek ekoterrorystów, to mnie krew zalewa. W ogóle samo określenie „ekoterrorysta”, albo „ekoświr” jest absurdalne – implikuje negatywne skojarzenia z ekologicznym stylem życia. A przecież to powinno być standardem. Niestety używanie jednorazowego plastiku jest tak tanie i wygodne, że dziś ktoś, kto świadomie go ogranicza po prostu utrudnia sobie życie. Ktoś, kto ze względu na globalne ocieplenie ogranicza, lub całkiem rezygnuje z jedzenia mięsa, w oczach tych, którzy nie patrzą dalej, niż poza czubek własnego nosa, jest po prostu wariatem. Widzieliśmy lodówki i telewizory wyrzucane do Amazonki. Widzieliśmy całe hałdy śmieci porozrzucane w boliwijskich górach. Widzieliśmy plastikowe opakowania pooplatane wokół rafy koralowej, pieluchy zakopane w piasku na plażach i mnóstwo sieci rybackich w indonezyjskich morzach. Widzieliśmy lodowce w Patagonii i Nowej Zelandii i ich zdjęcia sprzed lat. Franz Josef na południowej wyspie Nowej Zelandii tylko w ciągu ostatnich 11 lat stracił 800 metrów długości. Najsmutniejsze jest to, że nawet ci „ekoterroryści” chcąc żyć przyjaźniej dla środowiska, nie są w stanie całkowicie zrezygnować z plastiku. Praktycznie wszystko jest dziś tak pakowane, często w kilka warstw. Siedząc na klifie z widokiem na indonezyjskie morze zaczęliśmy się zastanawiać, czy kiedy za 30 lat wyruszymy w naszą drugą podróż dookoła świata, będzie jeszcze co oglądać. Czy wszystko nie będzie pokryte grubą warstwą śmieci? Czy nasze dzieci zobaczą lodowce? Mam nadzieję, że tak. Czy my mamy czyste sumienie? Oczywiście, że nie. Ale dzięki tej podróży oczy otworzyły nam się na ten problem znacznie szerzej, staramy się być świadomymi konsumentami i pilnujemy się dużo bardziej w kwestii zużywania plastiku. I was też do tego zachęcamy. Jeżeli szukacie inspiracji, to zajrzyjcie na profil fundacji założonej przez naszego kolegę – Fundacja Replastic.

Więcej o lodowcu do poczytania tutaj

Doceniania Polski

My, Polacy, lubimy narzekać. Wpatrzeni na zachód ciągle się porównujemy i narzekamy, że gdzie indziej żyje się lepiej, zarabia więcej, opieka medyczna i socjalna jest lepsza, a trawa jest bardziej zielona. W Europie, praktycznie gdzie się nie ruszyć (bo kto by tam jechał na Ukrainę albo do Serbii), to jest dla nas drogo, bardzo drogo, ewentualnie akceptowalnie drożej. I tak sobie jesteśmy tacy mali i biedni. Tymczasem w Ekwadorze inżynier ds. bezpieczeństwa przy budowie metra pracuje 12 godzin dziennie w systemie 27 dni pracy i 3 dni wolnego. Czyli wyrabia prawie 2 etaty w miesiącu i zarabia ok. 2000 USD. Nie ma mowy o negocjacji warunków – na jego miejsce czeka 10 innych osób, gotowych zgodzić się na takie warunki bez mrugnięcia okiem. Z kolei w Argentynie na przykład, młodym mamom przysługuje 6 tygodni urlopu macierzyńskiego. Potem muszą wrócić do pracy. Młode dziewczyny mimo, że to niezgodne z prawem, bardzo często są zwalniane z pracy, kiedy okazuje się, że są w ciąży. Wenezuelczycy masowo uciekają do krajów ościennych, imając się jakiegokolwiek zajęcia. Jeśli uda im się znaleźć pracę, wszystko, co odłożą wysyłają rodzinie, która została w kraju. Przykłady można by mnożyć.

Wcześniej wydawało mi się, że każdy może podróżować. Wystarczy trochę poświęcenia i wysiłku. My po skończeniu studiów zaczęliśmy oszczędzanie praktycznie od zera. Po niecałych 2 latach wyjechaliśmy. Wiedzieliśmy, że utrzymując założony poziom wydatków, możemy być spokojni na co najmniej 2 lata. Teraz wiem, że nie każdy może podróżować. Nie sądzę, żeby w rodzinie indonezyjskich rolników, gdzie od pokoleń w wielodzietnych rodzinach najpierw rodzice zajmują się dziećmi, a potem dzieci rodzicami, ktoś mógł sobie pozwolić na kilkuletnią podróż. Nie wspominając w ogóle o tym, czy byłby w stanie tyle odłożyć (raczej nie).

Mamy niesamowite szczęście, że urodziliśmy się w Polsce. Że mamy darmową publiczną opiekę medyczną (wiem, byle jaką, ale mamy). Że mamy darmową edukację włącznie ze studiami. Że mamy pracę. I że z tej pracy przykładowa dwójka młodych ludzi jest w stanie w dość krótkim czasie odłożyć na wymarzoną podróż dookoła świata.

No a poza aspektami technicznymi, to Polska jest po prostu piękna!

Radzenia sobie

Mimo strachu, zmęczenia, chorób, niesprzyjających okoliczności. Przejechaliśmy dziesiątki tysięcy kilometrów autostopem i jachtostopem. Chodziliśmy po górach i dusznej dżungli z ciężkimi plecakami. Mimo choroby wysokościowej właziliśmy na przełęcze na ponad 4500 m n.p.m. Mimo choroby morskiej przepłynęliśmy już ponad 4000 mil morskich. Utknęliśmy w brazylijskich górach między wodospadem, a rwącą rzeką. Razem przechorowaliśmy dengę, a oprócz tego ja jeszcze miałam okazję poodwiedzać lekarzy w różnych krajach 5 razy i zaliczyć na przykład krótki pobyt w szpitalu czy zebrać kilka szwów. Spaliśmy w namiocie na stacjach benzynowych, w opuszczonych domach, w ujemnych temperaturach albo w ulewnych deszczach. Nie zawsze było łatwo. Nie zawsze było fajnie. Ale zawsze sobie poradziliśmy i w przyszłości, jaka by nie była, też sobie poradzimy.

Wspinamy się na przełęcz Salkantay, 4629 m n.p.m. Niektórzy ułatwiają sobie życie, i ładują bagaż na konie, ale nie z nami takie numery!

Otwartości na inne formy podróżowania

Kiedy po pierwszym niezbyt udanym doświadczeniu jachtostopowym wysiedliśmy w Noumei w Nowej Kaledonii, zatrzymaliśmy się na Couchsurfingu u Peruwiańczyka Pakariego. Pakari podnajmował też jeden pokój w swoim mieszkaniu na Airbnb i podczas naszego pobytu zatrzymała się w nim na kilka dni czterdziesto-kilku letnia Australijka Duke. Kiedy ona jeździła po wszystkich parkach i muzeach w Noumei, my większość czasu spędzaliśmy w marinach wkładając mnóstwo energii w znalezienie kolejnego jachtu. Wieczorami pytała nas „A byliście już tam?”, „A widzieliście już to?”. Kiedy odpowiadaliśmy przecząco, reagowała tekstami „Jak mogliście być tu już tydzień i jeszcze nie pójść tam i tam”. Nie docierało do niej tłumaczenie, że naszym absolutnym priorytetem jest w tej chwili znalezienie łodzi, a nie zwiedzanie Noumei (która swoją drogą nie jest bardzo atrakcyjnym miastem) i wciąż raczyła nas takimi uwagami, co było dość irytujące. Ale wtedy otworzyły mi się oczy. Ja też zawsze uważałam, że my podróżujemy w jedyny słuszny sposób. Że jeżdżąc stopem i korzystając z Couchsurfingu poznajemy zwykłych mieszkańców, ich życie codzienne, kulturę. Gardziłam wakacjami typu all inclusive, przecież w namiocie jest wystarczająco wygodnie. A jaki NAPRAWDĘ jest jedyny słuszny sposób podróżowania? Taki, jaki danej osobie pasuje i daje satysfakcję. Ktoś, kto jedzie do hotelu, prawdopodobnie chce odpocząć i się zrelaksować, bo na co dzień pracuje i wcale nie ma ochoty tułać się po drogach z plecakiem. Gorzej, jeżeli po tygodniu spędzonym nad basenowym hotelem wypowiada się jak ekspert o mieszkańcach danego kraju, ale to już temat na osobną dyskusję. Z Shaunem, naszym obecnym kapitanem, bardzo różnimy się w kwestii spędzania wolnego czasu. On lubi usiąść na plaży, wypić piwko i popatrzeć w morze, podczas gdy my zawsze kombinujemy, gdzie by pójść, na jakie wzgórze wejść, gdzie popływać, gdzie posnorkować. Zatrzymując się na kilka dni na przepięknym atolu, Shaun nie musi spędzać kilku godzin dziennie w wodzie obserwując rafę koralową, by czuć satysfakcję z tego miejsca. Jemu wystarczy 20 minut. I chociaż czasami trudno nam to zrozumieć, nauczyliśmy się szanować te różnice. Dawna ja pewnie bombardowałaby Shauna tekstami „Jak możesz tak szybko wychodzić z wody? Przecież prawie nic tu nie zobaczyłeś?”. Dzisiaj już tak nie robię. I chyba wszystkim wychodzi to na dobre.

Wspomniany atol

Doceniania małych rzeczy

Kiedy po roku podróży zatrzymaliśmy się na 3 miesiące w Sydney i wynajęliśmy tam pokój, jedną z większych radości było dla nad kupno ręczników. Na co dzień używamy lekkich, szybkoschnących ręczników z mikrofibry, które dają niepowtarzalne uczucie wycierania się ceratą. Byliśmy wniebowzięci owijając się miękkim, mięsistym, bawełnianym ręcznikiem. W Ameryce Południowej z kolei ciepły prysznic wcale nie jest standardem. O ile w gorących regionach przyjemnie jest się schłodzić, o tyle na płaskowyżu powyżej 3000 m n.p.m., w zimie, w pomieszczeniach gdzie często okna są dziurawe i temperatura wewnątrz niewiele różni się od tej na zewnątrz, zimny prysznic do przyjemnych nie należy. A od kiedy żeglujemy, zwykle myjemy się w słonej wodzie i tylko pobieżnie spłukujemy słodką na koniec. Teraz więc długi, słodkowodny prysznic jest dla nas rarytasem i prawdziwą przyjemnością. Fajnie jest tak zdać sobie sprawę, jak codzienne, małe rzeczy, nad którymi wcześniej się w ogóle nie zastanawialiśmy, mogą sprawiać ogromną przyjemność. 

Śniadanie na balkonie w wynajętym mieszkaniu w Sydney. W doborowym towarzystwie. Czego chcieć więcej?

Siebie

Mamy dużo czasu na zastanawianie się, co dalej. Jak będzie wyglądać nasze życie po powrocie, jak chcemy, żeby wyglądało. Ja raczej nie chcę wrócić do podobnej pracy, jaką miałam przed wyjazdem. Chociaż niestety jeszcze nie wymyśliłam, czym chciałabym się zajmować zawodowo. Mam za to masę pomysłów, co będę robić w wolnym czasie po pracy. Pewnie życie zweryfikuje część z tych planów, ale dobrze jest sobie uświadomić, co sprawiało nam najwięcej frajdy i za czym tęsknimy. Michał na przykład chce wrócić do tańczenia salsy. Mi z kolei brakuje śpiewania. Mimo, że do chóru dołączyłam późno, bo ok. rok przed wyjazdem (wcześniej przerażała mnie myśl o przesłuchaniach i zajęło mi parę ładnych lat, żeby zebrać się na odwagę), to wiem, że będę chciała do tego wrócić.

Pracując jako sprzątaczka w Australii bywałam w 3 piętrowych domach z windą zamieszkałych przez czteroosobową rodzinę. Sprzątałam łazienki i kuchnie, w których wszystko trzeba było wycierać do sucha, bo inaczej zostawały plamy. Wycierałam meble specjalnymi środkami do drewna, pucowałam szklane stoliki, na których dzieci i tak zaraz odbijały swoje palce. I zastanawiałam się – po co to wszystko? Te wszystkie luksusy, marmury, drogie podłogi, które we własnym domu nakładają tyle zasad, że jego mieszkańcy chcąc utrzymać ich stan, pilnują się wielu rygorów. Chyba nigdy nie miałam ambicji, żeby mój dom był pałacem z porcelanową muszlą, ale teraz wiem, że wręcz nie chciałabym tak żyć. Chuchać i dmuchać na dom, zamiast po prostu żyć i czuć się w nim swobodnie. W kwestii mieć czy być, zdecydowanie wybieram: być.

Często z miejsc o najbardziej „podstawowych” warunkach mamy najlepsze wspomnienia

Czego jeszcze nas nauczy?

Tego nie wiemy. Ale wiemy, że jeszcze wiele przed nami i z każdej sytuacji można wyciągnąć cenną lekcję. Mimo, że nasze kariery zawodowe obecnie leżą i kwiczą, jakoś nie czujemy się stratni. Jeszcze się w życiu napracujemy, a póki co traktujemy tę podróż jako „podyplomówkę z życia” i zostało nam jeszcze kilka semestrów.

Dodaj komentarz

4 komentarze “Czego nauczyło nas 1,5 roku podróży na drugą stronę świata?”